Strona główna Forum dyskusyjne Facebook Twitter NK YouTube Instagram Snapchat RSS Kontakt
Forum | Zamów Kartę Diabetyka | Ogłoszenia | Najbliższe spotkania | Infolinie | Karta informacyjna | Wyszukiwarka | Ciekawe linki | Media o portalu | Patronat medialny | Partnerzy | Newsletter
Środa, 28 czerwca 2017 r. diabetyk24.pl
Accu-Chek Performa Combo Promocja
Sklep dla diabetyków
Newsletter
Artykuły
O cukrzycy
Cukrzyca typu 2
Odżywianie
Pompy insulinowe i CGM
Glukometry
Nakłuwacze
Peny
Insuliny
DME obrzęk plamki
Zdrowe Nogi
Ciekawostki

Dodaj komentarz
Z cukrzycą po górach

Wygrać z chorobą: wspomnienia o naszej szkole - część 2
autor tekstu: Leszek Bartołd, dodano: 11 grudnia 2014 r.

Przejdź do pierwszej części reportażu (kliknij tutaj).

Z cukrzycą po górachPrzez całą drogę strasznie się męczyłem i o niczym nie marzyłem jak o szklance zimnej wody lub czegokolwiek do napicia się. Próbowałem nawet wody z pociągu, która nie nadawała się do celów spożywczych. Pragnienia tego nie można było niczym ugasić. Po przyjeździe na miejsce zostaliśmy zakwaterowani w zaadaptowanym na cele mieszkaniowe budynku gospodarczym. Nie pamiętam z kim byłem w pokoju. Łóżka na pewno były piętrowe a ja spałem, no właśnie na górze, czy na dole? Może ktoś z kolegów mi to przypomni.

Na pewno na początek niemieckie wyżywienie nie służyło nam (kazeinowe wędliny i miętowa herbata) i dopiero później kuchnia zaczęła przygotowywać posiłki bardziej polskie. Zostaliśmy podzieleni na 3 grupy. Każda grupa pracowała 3 dni, następnie 3 noce a potem były 3 dni wolnego. Rano wstawaliśmy przed 5-tą, później na śniadanie, a do pracy na 6-tą dowożono nas na miejsce.

Pamiętam, jak pierwszy raz wsiadłem na rosyjski traktor z dołączoną przyczepą. Nie miałem wprawy w jeździe tak dużym traktorem i na dodatek jeszcze przyczepa. Na tą przyczepę zabieraliśmy z pola skoszoną przez samobieżną sieczkarnię trawę z przeznaczeniem na kiszonkę. Ale największego stracha miałem pierwszy raz przy wjeździe z pełną przyczepą na pryzmę silosową. Silos był już prawie pełen i ciągniki z zielonką wciągane zostawały na górę pryzmy. Mnie też to czekało. Niemiecka obsługa podczepiła mój traktor do ciągnika gąsienicowego (też radziecki) a dalej to już poszło. Chyba najgorsze były początki, zanim nie oswoiłem się z jazdą. Sam się dziwię, że wytrzymałem 12 godz. zmiany i całą praktykę.

Cukrzyca nie dawała mi spokoju i pierwszą rzeczą jaką robiłem, gdzie tylko było to możliwe, to ugasić pragnienie. W czasie 1 godz. przerw obiadowych obserwowaliśmy często ćwiczenia artylerii przeciwlotniczej, która strzelała do olbrzymiego wora ciągnionego na linie przez samolot. Wtedy już, z uwagi na zmętnienia w gałce ocznej wywołane chorobą, nie mogłem dojrzeć efektów strzelania na niebie.

Pracowaliśmy na terenie poligonu wojskowego i przy wjeździe na ten teren stał żołnierz, który otwierał szlaban. Trzeba było oczywiście zwolnić, aby szlaban został podniesiony. W nocy przerwa obiadowa trwała między 12-tą a 1-szą. Już po 3-ciej nad ranem robiło się jasno i niedługo nastawał świt. O 6-tej kończyła się nocna zmiana.

W naszej grupie pracował z nami Niemiec urodzony we Wrocławiu. Miał rodzinę w Polsce, ale nie znał języka polskiego. Jedyne, co mu dobrze szło po polsku to sypanie przekleństwami. Pewnego razu przyszedł do nas na kwaterę wraz ze swoim kolegą. Był już chyba lekko "wstawiony" i całe towarzystwo, pogłębiając mocniejszymi trunkami przyjaźń pomiędzy naszymi, socjalistycznymi krajami troszeczkę upiła się.

Wówczas miał żal, że jako dziecko musiał opuścić rodzinne miasto uciekając, jak większość Niemców, przed wyzwolicielską armią czerwoną wiosną 1945 r. Na szczęście wszystko zakończyło się w duchu pokoju. Nasi wychowawcy wieczorami często sprawdzali po pokojach czy wszystko jest w porządku. Pamiętam, jak prof. Hildebrandt później zajrzał do nas. Oczywiście zdążyliśmy przewietrzyć i posprzątać nasze lokum, ale i tak powiedział, że czuje "męskie zapachy". Jego żartobliwym sposobem na sprawdzenie stanu naszych umysłów było pytanie z wyciągniętą dłonią - Lipka, ile widzisz palców? (Stasiu Lipka ze Smolajn był w mojej klasie.)

W trakcie całej praktyki mieliśmy bardzo brzydką pogodę. Czerwiec był mokry i deszczowy. Mimo, że mieszkaliśmy niedaleko morza, to tylko raz byłem na plaży, ale było za zimno, by się kąpać. Nawet nie miałem okazji zajrzeć z ciekawości na plażę nudystów (FKK), jak tam rzeczywiście jest. W dniach wolnych, za pierwsze, zarobione pieniądze wyjeżdżaliśmy na zakupy do Rostoku. Miasto to, w porównaniu z pustymi, sklepowymi półkami u nas w Polsce, oszołomiło mnie bogatym asortymentem w sklepach i centrach handlowych. Tu jakby był zupełnie inny, bogatszy świat. Do domu przywiozłem dużo słodyczy i czekolad, których u nas było jak na lekarstwo. Mieliśmy też okazję zwiedzić wyspę Rugię, a w drodze powrotnej do kraju pojechaliśmy do Berlina.

Warunkiem wyjazdu na praktykę do DDR było posiadanie prawa jazdy. Nasza szkoła umożliwiała nam uzyskanie takich uprawnień właściwie za darmo. W trzeciej klasie uczyliśmy się zarówno teorii z kodeksu o ruchu drogowym, jak i praktycznej nauki jazdy. Teorii uczył nas pan prof. Jacek Suwiński, który był wykładowcą mechanizacji rolnictwa oraz instruktorem nauki jazdy ciągnikiem. W sali mechanizacji, na parterze, wisiała jeszcze tablica edukacyjna, pomocna w zdobywaniu wiedzy o ruchu drogowym, chyba wówczas już zepsuta.

Natomiast instruktorem motocykla był p. Andrzej Kowalski pełniący wówczas funkcje kierownika internatu. Za internatem ćwiczyliśmy jazdę obydwoma pojazdami. Pod płotem, od strony wejścia na stołówkę, rosła sobie rozłożysta śliwka, która nie raz odczuła na sobie postępy naszej jazdy, szczególnie przy cofaniu traktorem z przyczepą. Pryzma węgla z koksem pod kotłownią też była niemym świadkiem takowych prób, a w szczególności kręcenia ósemek motocyklem.

Żółtym fiatem 125p uczyliśmy się jeździć z p. Adamem Jarzyńskim (pseudo Jarzyna). Był kierowcą w naszej szkole i dowoził prowiant do internatu. Dwa albo trzy lata wcześniej do nauki jazdy służyła jeszcze niebieska dacia, która chyba została "skasowana" przez kursantów.

Pan Jarzyński nie żałował słów, nawet tych ostrych, by nas nauczyć praktycznej jazdy samochodem. Nam chłopakom najgorzej było jeździć pojedynczo z "Jarzyną", bo wtedy sypały się w naszym kierunku przeróżne epitety, niektóre nawet bardzo ostre i słone. Później znaleźliśmy na to sposób. Otóż wystarczyło namówić ze dwie koleżanki, by siadły na tylnym siedzeniu i godzinna jazda upływała bez większych problemów z instruktorem. Pan Jarzyński informował nas tylko gdzie mamy jechać, a całą swoją uwagę kierował na kolanach koleżanek prowadząc z nimi dialog i podszczypując je co chwilę.

Tak nam minęła zima i wiosna aż do egzaminów. Na egzaminie państwowym mieliśmy pecha, bo w trakcie zepsuł się nam samochód. Okazało się , że w naszym fiacie poszła bodajże skrzynia biegów, czy sprzęgło i nie da się tego natychmiast usunąć. Ja byłem wśród tych, co na swoją kolej jeszcze czekali. Niektórzy zdawali na samochodach rodziców. Ratunek przyszedł z LOK-u i zastępczym samochodem dokończyliśmy egzaminy. Pamiętam, że było już bardzo późno i mimo, że był to maj lub czerwiec, robiło się ciemno. Jako jeden z ostatnich siadłem w końcu za sterami auta. Miałem tylko ruszyć spod szkoły w stronę internatu, tam zawróciłem i pojechałem na parking milicji, której budynki są po sąsiedzku, też na Warmińskiej, a po właściwym wykonaniu parkowania odetchnąłem z ulgą. Zdałem! Ponad 12 godzin trwał ten egzamin. Przed 22 wróciłem szczęśliwy i zmęczony do pokoju.

Teraz może trochę wspomnień z internatowego życia. Jak wcześniej podawałem, kierownikiem tej placówki był p. A. Kowalski. Skład osobowy naszego pokoju praktycznie nie zmieniał się przez 5 lat, w ostatnich latach chyba dołączył Stefek Kołodko. Przez cały ten okres nie stwarzaliśmy większych kłopotów wychowawczych. Mieszkaliśmy na pierwszym piętrze internatu, dziewczyny na drugim. Na parterze mieściła się świetlica z kolorowym, rosyjskim telewizorem, gdzie można było oglądać do godz. 22 program TV. Pamiętam oglądane w TV mecze piłki nożnej Widzewa Łódź w europejskich pucharach, w których to nasza drużyna odnosiła wówczas sukcesy. Tu odbywały się też egzaminy maturalne.

Po drugiej stronie była stołówka, na której to były wydawane posiłki. Każda klasa miała swoich dyżurnych, którzy to musieli wcześniej przygotować stoliki i roznieść porcje żywnościowe a później jeszcze posprzątać. Dyżur trwał 2 tygodnie, po dwie osoby. Pewnego ranka pan Kowalski osobiście nadzorował wydawanie posiłków i nie wpuszczał na stołówkę, zanim dyżurni nie przygotują posiłków. Nasze dziewczyny, z których dwie akurat miały takowy dyżur nie zeszły na dół a my, chłopacy, zostaliśmy pozbawieni śniadania. Ktoś rzucił hasło, by iść do miasta coś zjeść. Tak więc uczyniliśmy. Poszliśmy do baru mlecznego, który mieścił się niedaleko amfiteatru, pod zamkiem, od strony Łyny. Nie byliśmy na pierwszych lekcjach przez co złapaliśmy godziny nieusprawiedliwione, a na dodatek pani prof. Tekla Staszkiewicz wstawiła wszystkim nieobecnym ocenę niedostateczną z matematyki (chyba). Zrobiła się z tego klasowa afera, ale po interwencji wychowawczyni kary zostały umorzone. Nie pamiętam, jakie konsekwencje poniosły dziewczyny za nieprzygotowanie stołówki do śniadania.

W bursie na korytarzu mieliśmy też gimnastykę poranną bodajże o 6.30 w zależności od gorliwości wychowawcy, który na dany dzień miał dyżur. Z reguły tylko młodsze skrzydło uczniów uczestniczyło w porannych zajęciach i to nie zawsze.

Pod koniec lat siedemdziesiątych pogarszała się sytuacja gospodarcza w naszym kraju, co negatywnie odbijało się na życiu każdej polskiej rodziny. Stołówka serwowała nam coraz bardziej skromniejsze wyżywienie. Każdy przywoził z domu dodatkowy prowiant. Sam starałem się jeździć do domu raz na dwa tygodnie. Z tamtych czasów naszym smakołykiem był przetapiany smalec ze skwarkami lub kiełbasą. Taki litrowy słoik, którym solidarnie dzieliliśmy się, był dodatkiem do posiłków. Każdy chciał jak najszybciej "dokopać się" do dna słoika, by zasmakować jak najwięcej skwarek. Ze stołówki "przemycaliśmy" do pokoju chleb, który wysuszony przy grzejniku smakował wyjątkowo, jak sucharki. Jeden raz, taki pełny słoik, prosto z domowej produkcji, upadł mi na podłogę w pokoju. Oczywiście potłukł się a całą jego zawartość pozbieraliśmy na talerz, by nic nie zmarnowało się. Tylko później, przy konsumpcji, uważaliśmy na ewentualne drobinki szkła, które mogły pozostać w smalcu.

Przed Bożym Narodzeniem, zanim wszyscy nie rozjechaliśmy się na święta do domów, nasza jadłodajnia organizowała wspólną wieczerzę wigilijną. Było bardzo uroczyście, świątecznie i bardziej bogate stoły.

Na początku rozpoczęcia nauki słabo szło mi pisanie wypracowań z języka polskiego, którego uczyła p. prof. Kosiedowska. Jednak z roku na rok, dzięki kolegom z pokoju, szło mi coraz lepiej.

Grzesiu Plec potrafił pisać bardzo długie wypracowania, natomiast Marek Grzegorczyk był mistrzem ortografii. Obaj sprawdzali to co napisałem na brudno i ewentualnie podpowiadali jak rozwinąć daną myśl. Nigdy nie próbowałem ściągać ich osobistych opracowań. Trud ten opłacił się, gdyż maturę zaliczyłem na dobry. Maturę z języka polskiego zdawaliśmy 11 maja, natomiast z matematyki 13 maja 1981 r. Data ta jest wyjątkowa, bo wiąże się również z zamachem na życie papieża Jana Pawła II w Watykanie.

Za kilka dni zaliczyłem ustny egzamin z biologii. Do matury przygotowywałem się sam, w domu, gdyż od ostatniego półrocza praktycznie nie chodziłem do szkoły. W tym miejscu powinienem się wrócić do rozpoczęcia nauki w ostatniej, maturalnej klasie. Po praktyce w DDR-rze powróciłem do szkoły z mocno nadszarpniętym zdrowiem. Pamiętam, że z racji kończenia nauki był to też okres rejestracji przedpoborowych do wojska. Na badaniach lekarskich przyszłych rekrutów lekarz widząc moje problemy zdrowotne, odesłał mnie na specjalistyczną konsultację do Olsztyna, a stamtąd trafiłem w lutym 1981 r. do szpitala w Lidzbarku Warmińskim.

Okazało się, że mam zaawansowaną cukrzycę insulinozależną, która zdążyła zrobić w ciągu 3 lat choroby niemało spustoszenia w moim organizmie. Pierwsze leczenie w szpitalu trwało cały miesiąc. Miesiąc matur zbliżał się coraz szybciej, a ja zatrzymałem się na zakręcie swojego życia. Musiałem zaakceptować nowe wyzwanie, które stanęło na mojej drodze. Pielęgniarki uczyły mnie samodzielnego robienia zastrzyków z insuliną, co nie było takie łatwe oraz zapoznawałem się ze schorzeniem. Trzeba było ją zaakceptować i nauczyć się z nią żyć a tą trudną sztukę opanowałem dopiero po latach.

Na tamten wówczas czas trzeba było jakoś pozaliczać przedmioty, by dostać świadectwo ukończenia szkoły i być odpowiednio przygotowanym do egzaminu maturalnego. W szpitalu odwiedzali mnie koleżanki i koledzy z klasy. Jednak nigdy nie zapomnę starszej pani profesor od języka polskiego, której nazwiska nie pamiętam, a która to regularnie odwiedzała mnie na oddziale przynosząc świeże cytryny i tematy wypracowań z j. polskiego abym w ten sposób mógł zdobyć kilka ocen na świadectwo końcowe. Pisałem te wypracowania i czytałem potrzebne lektury.

W teatrze telewizji w poniedziałki emitowane były różne spektakle. Raz jako jedyny widz przed telewizorem na korytarzu oddziałowym oglądałem "Wesele" Stanisława Wyspiańskiego i mimo późnej pory zezwolono mi do końca obejrzeć ten spektakl. Wspomniana wcześniej polonistka od początku piątej klasy zastępowała panią prof. Kosiedowską, która jak pamiętam poszła na urlop wychowawczy.

Po wyjściu ze szpitala pogoda panowała już wiosenna. Wróciłem do internatu i wyciągając z torby rzeczy, które miałem ze sobą zauważyłem uciekającego karalucha, którego przyniosłem z brudną bielizną. W lidzbarskim szpitalu prusaków było mnóstwo. Wystarczyło tylko zgasić światło na sali a te od razu wychodziły ze wszystkich szczelin w poszukiwaniu czegokolwiek do jedzenia. Na szczęście nie chodziły po pościeli i ludziach.

W niedługim czasie pojechałem kolejny raz do Wojewódzkiej Poradni Endokrynologicznej w Olsztynie i trafiłem na oddział wewnętrzny tamtejszego szpitala. Chciałem, by trzymano mnie tam jak najdłużej, bo nie miałem już ochoty na dalszą edukację. Jednak po 2 tyg. postanowiono mnie wypisać do domu abym się zdążył przygotować do matury. W kwietniu wróciłem do domu i nie miałem ochoty na ostatnie dni wracać do szkoły. Wówczas do swoich rodziców w Praslitach przyjechała Danka Koc, z którą razem uczyliśmy się od podstawówki. To dzięki jej długiej perswazji zostałem przekonany, bym nie rezygnował z matury i przyjechał do szkoły celem zapoznania się z ewentualnymi tematami pytań maturalnych. I tak rozpoczęła się moja samodzielna batalia o najważniejszy egzamin szkoły średniej, którą wygrałem.

Pisemny egzamin maturalny z języka polskiego rozpoczął się 11 maja o godz. 8.00. Zostały odczytane tematy egzaminacyjne, z których jeden był poświęcony 150-tej rocznicy Powstania Listopadowego w literaturze polskiej. Na ten temat prawie wszyscy liczyli jak i ja. Z początku nie szło mi pisanie, ale później się rozkręciłem pisząc najpierw na brudno. No i oczywiście nie zdążyłem wszystkiego przepisać na czysto i większość pracy pozostała do oceny w fazie brudnopisu. Zdążyłem wszystko popoprawiać, by nie zostawić błędów pisowni. Tego się najbardziej obawiałem ale moja praca została zaliczona. Nie pamiętam zadań maturalnych z matematyki. Natomiast z biologii, na egzaminie ustnym, udało mi się wylosować pytania, które nie były dla mnie problemem. Miałem omówić dominującą rolę świata roślin na naszej planecie, podział jądra komórkowego oraz przystosowanie ptaków do latania. Na te 3 pytania odpowiedziałem wyczerpująco i zdałem egzamin z oceną bardzo dobrą. Na ogłoszenie wyników końcowych trzeba było trochę poczekać. Większość z nas przystępujących do matury, włącznie z egzaminami poprawkowymi, uzyskała końcowe świadectwa maturalne.


Wcześniej, w styczniu, była studniówka w lidzbarskim kasynie wojskowym.


Właściwie to resztkami sił poszedłem na tą imprezę. Wytrzymałem kilka godzin, by po północy wrócić do internatu. Moje zdrowie jechało już na rezerwie, a za kilka dni trafiłem do szpitala w Lidzbarku Warmińskim. Studniówka nie była dla mnie udaną imprezą, a zdjęcie zbiorowe naszej klasy z kasyna przypomina mi, jak bardzo byłem wyniszczony przez trwającą blisko 3 lata słodką przypadłość.

Od ukończenia szkoły minęło już 27 lat. Jest to spory kawał czasu jak dla człowieka. Wspomnienia powracają przy okazji zjazdów absolwentów naszej szkoły. Pierwszy raz, po latach, spotkaliśmy się na 40-lecie "rolniczka" (4.10.1986 r). Był to już VI Zjazd Absolwentów. Nie pamiętam dokładnie, kto wówczas przyjechał. Na pewno była nas garstka. Mieliśmy okazję obejrzeć nowo wybudowaną halę sportową, którą oddano do użytku wiosną owego roku. W planach miała ona powstać wiele lat wcześniej, ale nasz rocznik nie doczekał się tego obiektu. Wówczas mieszkałem jeszcze u rodziców, a pracowałem w Gospodarstwie Ogrodniczym w Kosyniu, które było podległe dyrektorowi PGR-u z Kunika, panu Bogusławowi Duda - wychowankowi naszej placówki.

Wieczorem, po uroczystym otwarciu zjazdu i spotkaniach klasowych z wychowawcami, zebraliśmy się na bankiecie w restauracji "Staromiejska", jeżeli dobrze pamiętam nazwę. Lokal mieścił się obok Wysokiej Bramy, gdzie był hotelik PTTK-u na lidzbarskiej Starówce. Dziś tej placówki gastronomicznej już nie ma.

Za następne 10 lat, na 50 lecie szkoły, miał miejsce VII Zjazd. Wtedy mieszkałem już na południu Polski, w Kętach k. Oświęcimia, a pracowałem w Bielsku-Białej, w zakładzie pracy chronionej. Na spotkaniu klasowym było nas kilkoro: Goś Marianna, Fedkin Danuśka, Kogut Jarek, Marczak Mirek, Rohuń Jasiu, Aramowicz Tadeusz i ja. Chyba wszystkich wówczas obecnych wymieniłem. Każde z nas w kilku słowach opowiadało o swoich życiowych losach ostatnich lat. Później pojechaliśmy zwiedzić nasze gospodarstwo pomocnicze, które jednak słabo pamiętam. Wieczorem był bankiet, w którym nie brałem udziału.

Na VIII Zjeździe w 2001 r. byłem nieobecny. Odbiłem tą nieobecność w tym roku na kolejnym, szkolnym spotkaniu wszystkich roczników. Na otwarciu było nas kilku, ale na bankiecie kilka osób dojechało i było super. Niektóre osoby widziałem pierwszy raz od ukończenia szkoły i nie mogłem wszystkich rozpoznać. Dopiero po usłyszeniu nazwiska przypomniały mi się twarze kolegów z młodzieńczych lat. Praktycznie nic nie zmieniła się Marianna Goś, jedynaczka na zjeździe z naszej jak i z "B" klasy. Największe wrażenie zrobił na mnie Mariusz Szyłejko, z bródką i kucolem z tyłu głowy, może dlatego, że ostatni raz widziałem go 27 lat temu tak jak i Mariusza Gałązkę i Jurka Kozłowskiego. Atmosfera na balu była wspaniała. Myślę, że tylko wyjątki powróciły do domów niezadowolone, choć brakowało bynajmniej dla mnie ciepłych posiłków. Wraz z żoną powracaliśmy z imprezy jako jedni z ostatnich. Mojej klasy na sali nie pozostał już chyba nikt.

Na balu miałem okazję poznać Ryszarda Sutego, kolegę ze starszych roczników, który jest literatem a jednocześnie protoplastą książki o naszej szkole. To on namówił mnie do napisania tych wspomnień.

W czasie kilkudniowego pobytu u mojego najstarszego brata w Lidzbarku miałem okazję odwiedzić szkolnych przyjaciół. Tadzio Aramowicz zabrał nas do siebie, by móc obejrzeć jego rozwojowe gospodarstwo rolne w Blankach. Byliśmy też w gabinecie starosty lidzbarskiego Jarka Koguta a także w zajeździe Jurka Kozłowskiego. Spotkaliśmy się z Basią Chmielarczyk, pracującą w oddziale poczty na ulicy Bartoszyckiej, której nie widziałem od zakończenia szkoły. W drodze powrotnej, na kilka godzin pojechaliśmy jeszcze do Mirka Marczaka mieszkającego w Cerkiewniku, też prowadzącego nieduże gospodarstwo rolne. Teraz pozostało czekać do następnego zjazdu. Wówczas być może przyjedzie nas więcej, by się zobaczyć i powspominać. Oby tak było!

Po zdaniu matury nie poszedłem na studia. Przez 2 lata siedziałem w domu nie mając recepty na dalsze życie. Pierwszą pracę podjąłem w Gospodarstwie Rolnym w Kuniku a po rocznym stażu trafiłem do brygady sadowniczej w Kosyniu. Później dostałem mieszkanie w ośrodku dla niewidomych w Olsztynie-Nagórkach, gdyż choroba spowodowała u mnie niekorzystne zmiany w gałce ocznej. Nastąpiło zmętnienie soczewek powodujące pogorszenie widzenia. Będąc już na rencie pracowałem tam jako ogrodnik w niepełnym wymiarze czasu.

Cały czas korzystałem z pomocy medycznej w poradni diabetologicznej u dr Bandurskiej, dzięki której nie poddałem się mojej słodkości. Regularnie korzystałem z leczenia w sanatoriach, co przyczyniło się do opanowania i zrozumienia cukrzycy. Nauczyłem się z nią żyć a nie walczyć.

Do Kęt przeprowadziłem się w 1995 roku. Tu mieszkam wraz z żoną i naszymi dziećmi. W Bielsku-Białej zostałem zatrudniony w Spółdzielni Bielsin. Jest to zakład pracy chronionej. Dzięki ogromnemu postępowi medycyny w ostatnich latach, poddałem się zabiegom usunięcia zaćmy obu oczu w szpitalu Św. Barbary w Sosnowcu, przez co odzyskałem ostrość widzenia i po dłuższym okresie czasu, na nowo, zobaczyłem piękno otaczającego nas kolorowego świata. Pierwsze dni, z nowymi soczewkami, były dla mnie szokiem. Nie mogłem przyzwyczaić się do nowych rzeczywistości. Przez ostatnie 20 lat miałem obraz zamazany, a teraz mogłem cieszyć się, że widzę padające krople deszczu i płatki śniegu.

Zacząłem chodzić na piesze wędrówki po polskich górach zabierając ze sobą stosy kanapek oraz insulinę i glukometr, bez których obecnie nigdzie się nie ruszam. Praca, dzięki której czuję się jeszcze potrzebny społeczeństwu oraz wypady w góry, w których człowiek zapomina o codziennych problemach i staje się zdrowszy duchowo, to one dają mi siłę w codziennej walce o życie. Trafiają się i wpadki zdrowotne na krótszą lub dłuższą chwilę połączoną ze szpitalem, których nie zawsze da się uniknąć. Jednak zawsze mogę liczyć na moją żonę. To ona jest moją podporą i głównym filarem życia, bez której pewnie nie poradziłbym sobie z walką o moje zdrowie. Mam dla kogo żyć i wspólnie dbamy o nasze szczęście.

Leszek Bartołd
l.bartold@wp.pl



Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, koniecznie polubcie nasz profil na FB!


reklama






Najnowsze komentarze [0]

Masz swoją opinię na ten temat? Tu jest miejsce, gdzie możesz ją wyrazić! Pisz, komentuj
i dyskutuj. Pamiętaj o tym, że nie będą tolerowane niecenzuralne wypowiedzi i wulgaryzmy.


Nie ma jeszcze żadnych komentarzy
Bądź pierwszy, dodaj swoją opinię!


Powrót Do góry

mojacukrzyca.org - Z cukrzycą po górach: Wygrać z chorobą: wspomnienia o naszej szkole - część 2
Jeżeli na tej stronie widzisz błąd lub masz uwagi, napisz do nas.


Dana Diabecare R
Contour Plus One
MOJACUKRZYCA.TV
Przydatne
Informacje
Ogłoszenia
Sklep dla diabetyków
Kącik literacki
Wszystko o Accu-Chek
Specjalista radzi
DiABEtyK
Polecamy
Magazyn PEN
Na komputer i telefon
Ministerstwo Zdrowia
Światowy Dzień Cukrzycy
Cukrzyca tamtych lat
O portalu

Redakcja portalu | Napisz do redakcji | Newsletter | O portalu | Media o portalu | Linki | Partnerzy | Nasze bannery | Logo do pobrania | Patronat medialny
Portal mojacukrzyca.org ma charakter jedynie informacyjny. Wszelkie decyzje odnośnie leczenia muszą być podejmowane w porozumieniu z lekarzem i za jego zgodą.
Portal jest prowadzony przez osobę fizyczną wyłącznie w celach osobistych. | Copyright © mojacukrzyca.org 2001-2017 Wszelkie Prawa Zastrzeżone
Ostatnia modyfikacja: Środa, 28 czerwca 2017 r.

Zadaj pytanie on-line